Farmy wiatrowe nie potrzebują wsparcia

Ostatnich kilka miesięcy to coraz bardziej zaskakujące wyniki aukcji dla morskich farm wiatrowych. Niektóre farmy obywają się już zupełnie bez wsparcia. Ale czy spadek cen rzeczywiście wiąże się z rozwojem technologii?

Spadek żądanych poziomów wsparcia, czy to w postaci taryfy gwarantowanej w umowie sprzedaży energii (tzw. PPA) czy CfD (kontraktu różnicowego) w Wielkiej Brytanii niemal powszechnie interpretowany jest jako dokonujący się na naszych oczach przełom technologiczny. Oto koszty dla technologii, o której jeszcze parę lat temu mówiło się, że jest potwornie droga i nie wiadomo, czy kiedykolwiek stanie się rentowna, topnieją w oczach.

Ekstremalnym przypadkami był duński DONG, który wygrał aukcję na farmy wiatrowe OWP West and Borkum Riffgrund West 2 w niemieckiej części Morza Północnego, oczekując wsparcia w wysokości zero. Co oznacza, że Duńczycy liczą, iż zrobią biznes, sprzedając energię po cenach rynkowych, które na początku następnej dekady mają być rzędu 40-60 euro za MWh. W tym samym czasie niemieckie EnBW wygrało akcję na farmę He Dreiht, również licytując zero.

Co prawda nie obyło się bez podejrzeń, że oferta Duńczyków była motywowana politycznie – w końcu DONG (który nota bene zmienia nazwę na Ørsted, na cześć XVIII- wiecznego duńskiego fizyka) to państwowa firma, a Niemcy nie chcieli być gorsi. Wskazywano też, że do prawdziwych kosztów należy wliczyć budowę połączeń sieciowych – elementu dość drogiego. Ale dla porządku, w koszcie nowego bloku w Kozienicach też nie uwzględnia się budowy linii przesyłowej do Siedlec… Oferty zostały wybrane, aukcje rozstrzygnięte i teraz do zwycięzców należy znalezienie rozwiązania problemu, co z tym fantem zrobić. W ostatnich aukcjach w Danii i Holandii wygrywały natomiast oferty wymagające wsparcia rzędu 48-72 euro za MWh. Dla porównania, w 2010 r. typowe oferty w tych krajach opiewały odpowiednio na 137 i 170 euro.

Nie inaczej jest na Wyspach Brytyjskich. Tamtejsze media tryumfalnie doniosły, że po raz pierwszy w aukcji dla morskich farm wiatrowych strike price w CfD spadło poniżej ikonicznego już niemal poziomu 92 funtów za MWh – czyli ceny dla elektrowni jądrowej Hinkley Point C. Co ma jakoby oznaczać ostateczne pognębienie atomu. Rzeczywiście, w ostatniej aukcji wygrały dwie oferty opiewające na 57,5 funta za MWh, a jeszcze w 2015 r. pulę zgarniały oferty rzędu 114-120 funtów. I znów dla porządku, Brytyjczycy podają wszystkie ceny w aukcjach w pieniądzu z 2012 r. Żeby można było łatwo porównywać. Ale wtedy z 57,5 funta robią się dzisiejsze 63 funty z kawałkiem. Ciekawe natomiast ile to będzie funtów w 2023 r., kiedy owa farma ma powstać, bo CfD jest indeksowany inflacją. No i wyniki brytyjskich aukcji uwzględniają koszt budowy przyłączeń.

Na razie rząd w Londynie rozpływa się w zachwytach na skutecznością swojej polityki energetycznej i zapowiada na wiosnę 2018 r. kolejne aukcje, które prawdopodobnie zdominuje offshore i jednostki wytwórcze na biomasę. Na wsparcie zarezerwowano 557 mln funtów.

Dość powszechne jest mniemanie, że coraz niższy oczekiwany poziom wsparcia to efekt taniejącej technologii. Teoretycznie im większej mocy wiatrak, tym jest taniej, bo koszty posadowienia konstrukcji na morzu praktycznie są te same. „Bezdopłatowa” farma DONG-a ma być wyposażona w istne monstra, o mocy pojedynczej turbiny rzędu 15 MW, które dopiero rodzą się w komputerach projektantów Vestasa. Największy dzisiejszy morski wiatrak – zresztą też Vestasa – ma 9,5 MW.

Na podstawie powyższych faktów entuzjaści OZE – zwłaszcza brytyjscy – mogą formułować tezę, że morskie wiatraki dzięki postępowi technologii i coraz tańszemu dostępowi do kapitału – już wkrótce nie będą potrzebować żadnego wsparcia, by poradzić sobie na wolnym rynku. Czyli osiągną osławione „grid parity”.

Na tym tle dość zaskakująco wypada analiza, opublikowana ostatnio przez brytyjski think-tank Global Warming Policy Foundation, znany ze sceptycznego podejścia do kwestii klimatycznych i OZE. Mimo to raport odbił się szerokim echem w mediach na Zachodzie, cytował go m.in. „Financial Times” i „Energy Post”.

Autorzy opracowania dokonali m.in. statystycznego badania danych o nakładach inwestycyjnych, dostępnych dla 86 farm i wyciągnęli wnioski, dobrze znane już w branży poszukiwań ropy i gazu. Że co prawda koszt technologii spada, ale jednocześnie wiatraki trzeba stawiać na coraz głębszej wodzie, co jest droższe, i te dodatkowe koszty niwelują korzyści. W sumie CAPEX na jednostkę mocy w offshore nie spada, a czasami wręcz rośnie. Autorzy twierdzą, że nie znaleźli żadnych dowodów na to, by np. zwiększenie mocy pojedynczej turbiny i budowa większych farm miała jakikolwiek wpływ na wysokość nakładów inwestycyjnych na jednostkę mocy.

Dlaczego zatem oferty w zwycięskich aukcjach są coraz niższe? Wskazuje się trzy możliwe powody. O tym jakie są to powody przeczytasz w dalszej części artykułu na portalu wysokienapiecie.pl

Previous Article

Szef Fiat Chrysler Automobiles jest niechętnie nastawiony do samochodów elektrycznych

Next Article

Chiński sektor fotowoltaiczny przekroczył właśnie 100 GW

Dodaj komentarz